|
Siedząc w schronisku nie zawsze ma się zbyt dużo do roboty. Biorąc pod uwagę, niepewność pogody i czarnowidzące pogaduszki z gospodarzem, to w sumie siedzimy jak na szpilkach czekając na przesądzający sprawę komunikat meteo z Chamonix. Już jest! Wstrzymaliśmy oddech... "pogoda niepewna i może się zepsuć". Możemy iść, ale jest ryzyko. Decyzja należy do nas. Niemcy rejterują. A my? Wszystko wskazuje na to, że jutro czeka nas wspaniała pogoda. Komu zaufać? Pragnienie zdobycia pięknego szczytu przeważa. Jeszcze tylko błogosławieństwo od Davide i do spanka, jest 20, a wstajemy o 24. Aaaa! śpimy!!! Co??? Budzik?!?! To już?
Pospiesznie topimy śnieg i usiłujemy wmusić w siebie jakąś kalorię albo dwie.
Po stopieniu litra wody (czytaj po godzinie) wychodzimy. Piękna atramentowa noc, co prawda niebo w białych chmurkach, ale jakoś księżyc przedziera się do nas. Mamy szczęście, że nas oświetla, bo kluczenie miedzy szczelinami lodowca nie jest wcale bezpieczne. Poza tym czas upływa, a my wciąż w tym samym miejscu. Gdzie te wydeptane ślady?! Aaa, są! Znów pniemy się wyżej. Ciepło! Można iść bez czapki. Coraz wyżej. Na grani wita nas wiatr, w dole w głębokim mroku światełka Chamonix. Omijamy nawisy - dobrze, że zmrożone na beton. Coraz jaśniej, a na grani przed nami widać światełka, a więc widać drogę "francuską" i my też wreszcie do niej dochodzimy. Przed nami same przedwierzchołki - czyli podejścia do podejścia do podejścia, a oczywiście ten niepozorny garb na samym końcu to nasz cel. Widać oprócz tego długie rzędy światełek ludzi idących mozolnie do góry krok za krokiem; ogromny tłok, a od strony włoskiej tylko my dwoje. Dochodzimy wreszcie do Vallota - legendarnego schroniska pod szczytem Mt. Blanc.
Raz, dwa, trzy, cztery, piec, sześć - stop. Raz, dwa, trzy, cztery. Ruszamy. I znowu sześć kroków i sześć oddechów. Jedno podejście za nami. Pięć, sześć... Kto wie, ile podejść jeszcze przed nami...trzy, cztery...teoria mówi, że już niedaleko, jeden, dwa trzy...
Ale strasznie daleko! pięć, sześć... schodzi grupa z przewodnikiem...piętnaście, szesnaście...OO! to nie to liczenie co trzeba! Ruszam... jeden, dwa...ktoś tu miał napad choroby wysokościowej....sześć - stop. Strasznie chce mi się pić! Ale to chyba już wierzchołek? Idę...Oj, nie! Chyba nie dojdę! To był przedwierzchołek, przedwierzchołka przedwierzchołka...choć może nie tak daleko? trzy, cztery... O rany! Wierzchołek! Tych ludzi było tu chyba ze dwieście!
Nooo wreszcie!!! Nie wiem z czego bardziej się cieszę - z wejścia, czy z tego że się napiję i coś zjem? Jest 8:05, czyli w siedem godzin marszu pokonaliśmy 1800 m w pionie. Davide ustawił nas w pozycji Kopciuszka, jeśli wybije 11 godzina, mamy schodzić na dół, bez względu na to gdzie będziemy. Do 11 mamy jeszcze dużo czasu, ale jeszcze dziś trzeba przecież zejść w doliny. 20 minutek relaksu na szczytowym boisku, czas aby przegryźć jakieś suszone owoce i umoczyć usta w mocno zmineralizowanej herbatce [z dużymi makroelementami]....o tak! I jeszcze zdjęcia i ..po euforii. W dół! To dopiero frajda! Szybko, szybko, jak najszybciej, bo rozmarzną nam nawisy i otworzą się szczeliny w lodowcu. A w dolinie na lodowcu jest gorąco jak w piekarniku! Tylko trzy godzinki z hakiem i jesteśmy z powrotem przy schronisku.
|