|
Kryjemy siEw cieniu samochodu przed parzącymi promieniami słońca.
Wokół wypalona trawa i pył. Także w okolicznych górach niezwykła seria upałów poczyniła nie lada zmiany. Jeszcze niedawno nasz wyjazd na GórEJeleni stanął nagle pod znakiem zapytania, gdy duża połaEskalna przylegająca bezpośrednio do drogi wejściowej runEa z grzmotem w doliny. Topniejący lód przestał wiązaEten "najwspanialszy stos kamieni". Tego pamiętnego dnia potencjalni zdobywcy szczytu zostali przymusowo ewakuowani śmigłowcami w bezpieczne miejsce, a Góra zamknięta.
Jechaliśmy więc w ten najsłynniejszy rejon alpejski z mieszanymi uczuciami, no bo jak to byETam i nie spróbowaEwejśEna Matterhorn?
Pogodziliśmy siEnawet z myślą, że będziemy musieli zadowoliEsiEinną zdobyczą.
Na szczEcie innych, godnych celów w Alpach Walijskich nie brakuje. Wiele wspaniałych szczytów czterotysięcznych czeka tutaj na swych zdobywców. Wybór jest naprawdEtrudny, bo wszystkie te nazwy, aż elektryzują i wszędzie chciałoby siEbyE a tu urlop krótki.
A przecież z racji wielkich deniwelacji na każdy szczyt trzeba przeznaczyEkilka dni, no i odpoczynek po takim wysiłku też jest niezbędny.
|
|
Lagginhorn w oddali
|
Najważniejsza jest oczywiście należyta aklimatyzacja, dlatego na początek tego pobytu planujemy wejśEna niższe i łatwiejsze szczyty, aby potem na tych wymagających mieEjuż należyty zasób tlenu we krwi.
Na początek Lagginhorn (4010 m. n.p.m.). Już po pierwszych krokach z Berghaus Hochsaas coś nas zastanawia - brak charakterystycznych pól śnieżnych zapamiętanych z fotografii. Ależ nie - są! Z powodu braku opadów świeżego śniegu białe połacie zamieniły siEw twardy, szklisty lód przysypany kolejnymi produktami erozji. Bo sypie siEta góra masywnie. GodzinEpo naszym podejściu, przez naszą ścieżkEtoczą siEwielkie wanty wyrzucając w powietrze wszystko na swojej trasie. Co chwila w ścianie odbija siEłoskot kolejnej kamiennej lawiny. Mimo bezchmurnej, upalnej pogody góry przypominają, że alpinizm to nie zabawa. Przy zejściu, jakby "na deser" mała, gwałtowna burza z gradobiciem.
|
|
GraEWeismiess
|
Na drugi dzieEWeissmies (4023). Ale żeby nie było za łatwo wybieramy trudniejszy wariant północną granią. Najpierw łatwe podejście na Lagginjoch, a potem niesamowitymi płytami skalnymi wywieszającymi siEna wschód. wprost na wierzchołek. Wprost wskazuje tylko kierunek, bo całkiem prosto nie jest. Najtrudniejsze miejsce to eksponowana "czwórkowa" płyta "Grande Dalle" z dwoma stalowymi prętami do asekuracji. Duża czEEdrogi, to piękne graniowe wspinanie w skali II i III UIAA. Zejście ze szczytu przypomina jako żywo filmy z wypraw w Himalaje. Szczeliny lodowca pootwierały siEtak znacznie, że do ich przebycia zamontowano aluminiowe drabiny lub mocno uginające siEdeski. Ich pokonanie jest nie mniej emocjonujące niż wcześniejsza "Wielka Płyta".
|
|
Monte Rosa
|
Potem w dolinach trochEodpoczynku, choEtrudno odpocząEjeśli o godz. 19 temperatura w cieniu sięga 30 stopni.
No cóż "twardym trza byE nie miętkim".
Uderzamy na drugi co do wysokości szczyt Alp-Dufourspitze (4634). Masyw Monte Rosa, którego jest kulminacją, jest tak potEny i oślepiający, że trudno ten najwyższy punkt dojrzeE Na razie zgodnie z programem wyjeżdżamy tramwajem górskim na Rotenboden, skąd spacerkiem do schroniska Monte Rosa Hut. O czwartej rano na lodowcu konsternacja. Żaden z zespołów nie wie, gdzie prowadzi droga między nadmiernie rozwiniętymi szczelinami lodowca. Wreszcie ktoś trafia na stary ślad, ale godzina wysiłku poszła na marne. Wejście jest bardzo monumentalne, wszędzie widaEmorze pięknych szczytów z Matterhornem - niby tronem pośrodku. WysokośEdaje siEjuż we znaki. Ale strome śniegi to nie koniec trudności. Teraz drogEzagradza bardzo eksponowana i oblodzona skalna graE Trzeba ją pokonywaEz dużą ostrożnością, gdyż asekuracja jest bardzo ulotna, a tuż pod stopami widaEleżące 300 metrów niżej pola lodowca.
|
|
Panorama z Matterhornem
|
Na szczEcie po 5 godzinach stromego i wytEającego podejścia lokujemy siEna wąskim wierzchołku. Widok bajeczny. Wszędzie jak na przeogromnych szachach widaEfigurki ludzkie podążające w kierunku poszczególnych czterotysięczników masywu, których jest aż dziewiE. Szkoda, że tym razem nie uda nam siEplanowany trawers wszystkich wierzchołków Monte Rosy. Ale co siEodwlecze...
|
|
Zermatt
|
No i leżymy sobie teraz niespokojnie w cieniu, bo droga na Matterhorn otwarta, ale w takim razie trzeba naEwejśE Mimo znacznego doświadczenia górskiego, bogata - także tragiczna - historia Góry Jeleni oddziaływuje na psychikE Nie wiadomo, czy to lekki strach, czy też niepewnośEoczekiwania. A może jedno i drugie. Wreszcie około południa rozpoczynamy podróż busem do historycznego Zermatt. Gdyby nie charakterystyczny szczyt opodal, to miasteczko byłoby zapyziałą wioską w Alpach. Jednak sława Góry przyciąga; na ulicach widaEtłumy z całego świata spacerujące wzdłuż głównej promenady, takich ichniejszych Krupówek. Oczywiście najbardziej widoczni są Japończycy fotografujący wszystko i wszystkich. Na szczEcie oddalamy siEod centrum i tłum rzednie. Ponad pięknym wysokogórskim lasem i halami kolejka górska wywozi nas nad Schwarzsee. Po ukropie panującym na dole z rozkoszą wypijamy ostatnią butelkEmineralki. Tutaj na wys. 2584 upał rekompensuje silny wiatr i jest naprawdEcudownie. Nawet dwugodzinne podejście z ciEkim worem nie zmęczy nas specjalnie.
CieEGóry wciąż rośnie przed nami i zaczyna nas przytłaczaE Na trasie krajanie. Ich relacja nie wzmaga optymizmu. Zgubili siEna podejściu, nocowali awaryjnie w Solvay Hutte. Ich czas to: 10 godzin na szczyt ze schroniska. Cała akcja dwie doby. Wyglądają na zmęczonych.
No, zobaczymy. Może nam pójdzie lepiej. Wreszcie osławiona Hornli Hut (3260).
|
|
Schron Solvay
|
W schronisku - całkiem przyjemnym - brak wody. A więc klapa! śniegu wokół brak, nie ma czego zagotowaEna kolacjEi śniadanie. Dramatyczna decyzja: kupujemy najdroższą wodEmineralną w życiu-1,5 litra za 25 złotych. Na szczEcie okazuje siE że obok w hotelu Belvedere można kupiEwrzątek za połowEceny. No to sukces, zaoszczędzimy rano cenne minuty. Na tarasie sami "ludzie gór", nawet kilku autentycznych Szerpów na wycieczce szkoleniowej. A przed nami teatrzyk; właśnie śmigłowiec zdejmuje ze ściany poszkodowanego. Od zadzierania głowy, aż boli kark. Maszyna z hukiem ląduje opodal opuszczając turystEz urazem nogi. W tym samym czasie drugi śmigłowiec ląduje za schroniskiem z zaopatrzeniem. Gdzie ta górska cisza?
Jako starzy harcerze wymyślamy szczwany plan. Idziemy teraz na rekonesans, aby rano, w ciemnościach nie błądziE Mimo opisu nawet w dzieEciEko znaleźEdrogE Wszędzie ludzie ustawiają kopczyki tworząc plątaninEścieżek, często mylnych. Także stosy luźnych kamieni je przypominają. Wreszcie znajdujemy ślady butów. "Pierwsza turnia, pierwszy żleb, druga turnia, drugi żleb". Zaraz! miało byEłatwo, a tu ogromna kruszyzna i lufa w dół. Próbujemy, węszymy pamiętając przygody spotkanych turystów. Wreszcie jest, droga ostrym zakosem zawróciła w przeciwnym kierunku. Rozeznajemy już na spokojnie bardziej czytelne dalsze partie, dochodząc do niedawnego obrywu. Linia białych skał jest oddalona od lin poręczowych zaledwie o 1 metr. Schodzimy spokojniejsi.
|
|
Kolejka na Matterhorn
|
4 rano - typowy alpejsko-schroniskowy harmider; ludzie biegają półprzytomni, ubierają nie swoje buty, biegną w górEna wyścigi. Za chwilEwiemy dlaczego. Pod pierwszym spiętrzeniem już długa kolejka światełek. Niby będzie łatwo trafiE ale z drugiej strony ciEko maruderów wyminąEi trzeba siEwlec w swojej kolejności. Na szczEcie aklimatyzacja działa i tniemy do góry tak szybko jak tylko tłum pozwala czyli: wolno. Wstaje świt, ale nikt nie patrzy na widoki wiedząc ile ma przed sobą. Wreszcie dolna płyta Moseleya. Niewielka płytEskalną przechodzi naraz kilka zespołów depcząc sobie po rękach, blokując linami, wypinając przeloty. Totalne zaprzeczenie zasad bezpieczeństwa, ale cóż, to już taki urok tego miejsca.
|
|
W drodze na szczyt
|
Wreszcie schron Solvay, ale znowu brak czasu na dłuższą przerwE bo stracimy miejsce w kolejce. Górna płyta Moseleya o trudnościach III (spadając z niej zabił siEAmerykanin tego nazwiska) i znowu podobne sceny jak z kolejek w PRL-u.
Stroma grzęda rozszerza siEteraz przechodząc w tzw., RamiE Tu znowu cała seria lin poręczowych, gdzie trzeba odczekaEswoje. Stresuje nas widok przewodników, którzy z klientami już wracają ze szczytu. Co? Jesteśmy, aż tak wolni? Patrzymy na zegarek. Nie, jest super, idziemy, mimo korków 3 godziny.
|
|
Widok na Zermatt z Matterhornu
|
W końcu gdy tylko siEda wymijamy zwalniające coraz bardziej zespoły i dochodzimy na wierzchołek (4477) w rewelacyjnym czasie 4 godzin. Jest cudownie. Wspaniała, ciepła pogoda. Niesamowita widocznośE I rozbrajająca wręcz przepaścistośEtego szczytu. W ściany północną i południową, aż strach zaglądaE No i te wielkie luźne kamienie na wierzchołku! Daleko w dole malutkie osady Zermatt i Breuil-Cervinia. Wreszcie można siEnajeśE napiEi napatrzeEdo syta. Nie czas jednak na dekoncentracjE Zejście jest nie mniej poważne niż wejście. Jakby na potwierdzenie spadające spod nóg schodzących kamienie nabierają szybko rozpędu i z potwornym świstem przelatują o centymetry od schodzących poniżej. Już siEnie dziwiE że ludzie tutaj giną. A więc jak najszybciej, ale i najostrożniej w dół.
|
|
Tam byliśmy
|
Mimo, że znamy drogEto i tak powrót zajmuje 6 godzin! A musimy schodziEszybko, bo jeszcze dziś, trzeba zdarzyEna powrotną kolejkE by nie nocowaEpowtórnie w schronisku.
Sił ubywa, więc i krzyknąEtrzeba na pozostałych, aby ich pobudziEdo dalszego wysiłku. Wreszcie jest - schronisko. Patrzymy za siebie. Prawie nie do uwierzenia, że jeszcze chwilEtemu Tam byliśmy. To była cudowna przygoda. A teraz już tylko w dół, bo tam piwko siEjuż chłodzi.
-- Bob --
|