|
Ludzie siEdzielą na tych co ... no dobra, nie będEprzytaczał tego podziału, ale ja należEdo tych, którzy lubią aktywnie spędzaEczas (żadne tam pitu-pitu na plaży). Na około miesiąc przed długim, majowym weekendem zacząłem przemyśliwaEco można by było "zmalowaE w owym czasie. Z pomocą przyszedł mi BAG, który oferował wyjazd na ferraty do Włoch w pre-Alpy w rejon jeziora Garda. Ponieważ nigdy nie zdarzyło siE abym był we Włoszech i to w dodatku na ferratach, wiec pomyślałem sobie: To jest to ! W sierpniu zeszłego roku (2002) uczestniczyłem w kursie wspinaczki skalnej organizowanej przez Roberta. Bardzo podobał mi siE z jednej strony jego profesjonalizm i znajmośEwspinaczkowej rzeczy, a z drugiej bezpośredniośEw kontaktach - to wszystko sprawiało, że na kursie czułem siEjakbym wspinał siEz doświadczonym kumplem, a nie "instruktorem wspinaczki skalnej". Nie miałem więc wątpliwości, że wyjazd z BAG'iem będzie fajny.
Planowo wyprawa zaczynała siEw Krakowie o 15:00, skąd, przejeżdżając przez Czechy i AustriE po pokonaniu ponad 1000 km, mieliśmy dotrzeEdo Molina di Ledro - miejscowości, która stanowiła naszą bazEwypadową na ferraty. Dla mnie wyprawa zaczEa siEjakieś 7 godzin wcześniej, bo do Krakowa musiałem siEdostaEz Gdańska, gdzie mieszkam. W mikrobusie poznałem resztEzałogi, z którą miałem dzieliEnajbliższe 10 dni, tzn. AśkE z-cEkierownika wyprawy, Tomka i Jacka. O cholender zapomniałem jeszcze o "Karolu". "Karol" od niedawna jest w rodzinie BAG'a - tak został ochrzczony Volkswagen Roberta.
|
| DzieE1. (Sobota, 26-04-2003) |
|
Nad jeziorem Garda byliśmy o czasie, tzn. około 9:00 w sobotE tam pstryknęliśmy pierwsze "wyprawowe fotki" Gardy - największego jeziora we Włoszech.
Przejechawszy przez miasto Riva del Garda, tunele prowadzące z Rivy do Biacesy dotarliśmy do biura turystycznego w Molinie, skąd pobrawszy klucze, wzdłuż lewego brzegu jeziora Ledro dotarliśmy do pensjonatu, w którym w jednym z mieszkaEpomieszkiwaliśmy przez 8 dni. Po rozpakowaniu i około godzinnym wykładzie Roberta pt: "Jak łaziEpo ferratach, żeby sobie nie zrobiEkuku" byliśmy gotowi do boju. Tego dnia pojechalismy na połogą płytECorno di Bo przyległą do brzegu Gardy. Przez około 4 godziny wspinaliśmy siE"na tarcie". Piękny to widok, gdy siła tarcia zwyciEa grawitacjEi człowiek lezie po skalnej ścianie prawie nie używając rąk !!!
|
| DzieE2. (Niedziela, 27-04-2003) |
W niedzielEwybraliśmy siEna naszą pierwszą ferratEwiodącą na Cima SAT (wys. 1246 m.n.p.m.). Ponieważ startowaliśmy z poziomu jeziora Garda, które znajduje siEbodaj na wysokości 65 m.n.p.m, to przewyższenie jakie mieliśmy pokonaEto około 1186 metrów. Aby dotrzeEdo początku ferraty należy przez 3 kwadranse podążyEpnącą siEzakosami w górEścieżką przechodzącą koło małego "Bastione" i kapliczki świętej Barbary. Ferrata jaką pokonaliśmy nazywała siE"Via dell'Amicizia" (Droga Przyjaźni), choEnazywana jest również "drogą drabin", gdyż zaczyna siEsekwencją drabin prących po pionowej ścianie w górE Ta ferrata nie należy do zbyt trudnych, tak że doskonale nadawała siEna nasz pierwszy wyprawowy dzieE Przekonaliśmy siE że staEnas na więcej !!! Po jakimś czasie (w ferworze walki zupełnie nie patrzyłem na zegarek) stanęliśmy na szczycie. Wpisaliśmy siEdo "księgi odwiedzin" i na leżąco lub siedząco podziwialiśmy panoramEdoliny, w której rozpościera siEmiasto Riva. Stamtąd też był widok na ośnieżone górne partie masywu Monte Bondone, GardEoraz na płytE na której wczoraj "ścieraliśmy" nasze buty wspinaczkowe.
Po około półgodzinnym pobycie na szczycie zeszliśmy do Riva del Garda. ZajEo nam to około 3 godzin. DosyEspore - jak na pierwszy dzieE- przewyższenie dało znaEo sobie następnego dnia - piękne miałem ci ja zakwasy ud. Jeszcze przez jakieś 2 godziny poszwędaliśmy siEpo mieście. Przemierzając wąskie uliczki Rivy można było czasami zobaczyEgórującą nad miastem, wspomnianą już wcześniej, kapliczkEśw. Barbary - stąd wyglądała o wiele urokliwiej.
|
| DzieE3. (Poniedziałek, 28-04-2003) |
|
DzieEtrzeci zaczęliśmy krótką acz treściwą "żelazną" wiodącą przez kanion potoku Secco. Kanionowy charakter tej ferratki sprawił, że była ona (jak siEokazało potem) jedyna w swoim rodzaju pośród naszych wyjazdowych. Ferrata kończy siEmostem linowym. Po półgodzinnym wspinaniu dochodzi siEdo szczytu, na którym umiejscowiono zamek "S. Michelle all'Adige". Schodząc do "Karola" podziwialiśmy dolinESarche, która jest niemal książkowym przykładem działalności lodowca. Plenerowe lekcje geografii, na których mówi siEo działalności lodowców, powinno siEorganizowaEw Alpach. WidaEtu morenny boczne, długie na kilkadziesiąt kilometrów doliny U-kształtne, wyszlifowane "rzeką lodową" zbocza skał. No coś pięknego !!!
Żądni kolejnych żelaznych podbojów udaliśmy do podnóży Monte Albano, skąd naparliśmy na szczyt drogą "Ottorino Marangoni". Jak dla mnie była to pierwsza z ferrat, na którą nie chciałbym siEwybraEbez uprzEy i lonży, ponieważ bardzo dużo było tu eksponowanych odcinków. Cała ferrata jest dośEdobrze opisana na tablicy poglądowej, która została umieszczona w "parco di arrampicata" leżącego u stóp Albano.
Tak właśnie wyobrażałem sobie ferraty. Super !!!
|
| DzieE4. (Wtorek, 29-04-2003) |
|
Naszą czwartą ferratą była "Via ferrata Edouardo Che Guevara" na szczyt Monte Casale (wys. 1631 m). Nawiązująca do słynnego bojownika nazwa drogi sugerowała, że góra nie da siEzdobyEłatwo. I rzeczywiście tak było. Przewyższenie jakie pokonaliśmy to około 1400 metrów. Szczyt Monte Casale to doskonały punkt widokowy na ważniejsze wierzchołki Alp Włoskich. Można stamtąd zobaczyEszczyty masywu Brenta i Dolomitów.
|
| DzieE5. (środa, 30-04-2003) |
|
Tego dnia mieliśmy zdobyEszczyt Il Palone masywu Monte Bondone. W tym celu "Karol" dowiózł nas do miejscowości Vason. Z Vason poprzez małą przełęcz pomiędzy Monte Vason i Monte Bondone dotarliśmy do początku "Sentiero attrezzata Pero Degasperi". Z punktu widzenia wspinaczkowego była to dla mnie najfajniejsza ferratEnaszego wyjazdu. Stalowa lina na tej drodze jest poprowadzona w ten sposób, że na wielu odcinkach można siEpowspinaEklasycznie nie dotykając ubezpieczeE a przepinanie lonży przypomina wpinanie siEekspresami do przelotów. TEferratEwspominam mile też z innego powodu. Była to trasa, na której nie spotkaliśmy żadnych innych turystów - mam nadziejE że byliśmy jedynymi, którzy w tym dniu zdobyli tEgórE Do "Karola" zbiegliśmy narciarskim zboczem często stosując technikE"butozjazdów" na niemałych jeszcze płatach śniegu pokrywających zbocza.
|
| DzieE6. (Czwartek, 1-05-2003) |
|
Ten dzieEupłynął pod znakiem "Via attrezzata Pisetta". Podobnie jak na "Sentiero attrezzeta Pero Degasperi" można było siEtu "wyżyE wspinaczkowo. Kto miał, ten założył buty wspinaczkowe i dalejże na szczyt. Podczas zejścia dała o sobie znaEnatura. Mniej więcej w połowie drogi prowadzącej w dół szlak biegnący dośEstromym źlebem został zasypany kamieniami, które pochodziły z oberwanego urwiska - te góry po prostu żyją !!!. Po tym stoku, który usłany był głazami o bardzo ostrych kantach trzeba było ostrożnie zejśEi znaleźEszlak.
|
| DzieE7. (Piątek, 2-05-2003) |
|
Poprzedniego dnia Robert nabył przewodnik po okolicznych drogach wspinaczkowych. A jest ich bez liku, z czego większośEjest dobrze obita. Każdy, niezależnie od poziomu umiejętności, mógłby znaleźEcoś dla siebie: od dróg prostych do skrajnie trudnych, jedno i wielowyciągowych - do wyboru, do koloru. Grzechem byłoby nie poświęciEjeszcze dnia na jakieś wspinanie (nawiasiem mówiąc, trzeba tu będzie wróciEi powspinaEsiE nie ma rady). Na początku "zaatakowaliśmy" połogą płytEPlacche di Baone. Później przenieśliśmy siEna zbocze Colodri.
|
| DzieE8. (Sobota, 3-05-2003) |
Ostatniego dnia postanowiliśmy szybciej wyjechaEz Trydentu i spędziEczas na jakimś szlaku alpejskim. Przez cały nasz pobyt nad Gardą było ciepło, słońce świeciło, ale widocznośEbyła taka sobie. Stąd ani z Monte Bondone Il Palone, ani co gorsza z Monte Casale nie widzieliśmy żadnego szczytu Alp Włoskich. W sobotEpogoda zapowiadała siEniezła, co dawało nadziejEna alpejskie widoki, które w drodze do z Polski do Gardy przespaliśmy. Mieliśmy szczEcie. Jadąc autostradą z Bolzano do Innsbrucka podziwialiśmy kolejno wyłaniające siEszczyty Alp. Przed Innsbruckiem odbiliśmy na parEgodzin do doliny Stubai, gdzie postanowiliśmy wspiąEsiEna taką wysokośE na której byłoby jeszcze pełno śniegu i gdzie mógłbym wypróbowaEmoje nowe buty i raki, które zakupiłem w Arco. Ruszyliśmy spod schroniska w Mutterberg umiejscowionego na wykości 1720 metrów i dotarliśmy na około 2600 m. Po powrocie do auta urządziliśmy sobie mały piknik, po czym udaliśmy siEw drogEpowrotną do Polski.
W powyższym dośEsuchym opisie brak jest wątków obyczajowych, które przeplatały siEz wątkami turystycznymi. Co wieczór 3-4 godziny spędzaliśmy na głównie śmianiu siEz tego i owego w pokoju Jacka (pokój Jacka było połączony z aneksem kuchennym). Nie sposób oddaEtemtatów naszych rozmów. Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi. DośE że powiem, że poruszaliśmy problemy guana dośEpowszechnie występującego w Krakowie ptaka, omawialiśmy przygody pewnego słynnego górołaza, który dotarł nad jezioro zupełnie wyschnięte. Ci o naturze romantyków marzyli o idyllicznej Lucii - uosobieniu piękna kobiecego. "Najpoważniejszego" wieczoru Robert perrorował na temat tego, w jaki ekwipunek powinien byEwyposażony górołaz, gdy wybiera siEna czterotysięczniki - oj dużo tego nawymieniał.
-- Rafał Biegacz --
|
|