Mt Blanc Grzegorza


Po wyprawie w jaskinie zdecydowałem siEna kolejną wyprawEz BAG-iem, która miała byEniejako ukoronowaniem moich wieloletnich wędrówek po górach - wyprawEw Alpy na Gran Paradiso i Mont Blanc. Nie była to łatwa decyzja, bo człowiek nie jest już małolatem, ale Robert przekonał mnie, że trzeba spróbowaE Trzymiesięczne przygotowania to przede wszystkim zakup właściwego ubioru, wypożyczenie sprzętu oraz rower, biegi i basen. Nie wierzcie tym, którzy twierdzą, że na Mont Blanc można wejśEot, tak sobie zza biurka (no chyba, że ktoś jest bardzo aktywny po pracy i nie myślEtu wyłącznie o seksie).

Mt Blanc "ufortyfikowany"

Nadszedł czas wyjazdu. Z ośmiu chętnych osób pozostało jedynie piE (w tym dwóch przewodników-opiekunów Robert Szumiec i Jurek Kochman, którzy mają dbaEo nasze bezpieczeństwo i czuwaEnad organizacją wyprawy). Wyjazd z Krakowa rano, w południe chłopaki zabierają mnie z Legnicy i jedziemy przez Monachium, skąd zabieramy KrystynEi Janka i dalej do Włoch. W południe następnego dnia jesteśmy w prowincji Piemont w regionie Dolina Aosty. Zatrzymujemy siEna kempingu w Pont Breuil w dolinie Valsavarenche. Odpoczywamy, bo już następnego dnia musimy wejśEdo schroniska Vittorio Emanuelle II, które znajduje siEna wysokości 2775m n.p.m. Nocleg na karimacie niezbyt wygodny, ale wejście do schroniska proste. Kwaterujemy siEna poddaszu (kilkanaście materacy w rzędzie) i idziemy na pobliski zaśnieżony stok potrenowaEchodzenie w rakach, upadki na stoku i asekuracjEczekanem. Nocleg i pobudka o 5 rano. GodzinEpóźniej wyruszamy na Gran Paradiso (4061m n.p.m.). PiE godzin marszu po lodowcu i śniegu i jesteśmy na szczycie, bariera czterech tysięcy pokonana. Jesteśmy z siebie zadowoleni, to przecież nasz pierwszy czterotysięcznik. Schodzimy na kemping, sukces oblewamy piwkiem (jednym!). Sam szef BAG-u gratuluje nam sukcesu. Nocleg i znowu w drogE jedziemy do Val Veni u stóp Mont Blanc.

Autor na szczycie- ale jak go poznaE

Zatrzymujemy siEna kempingu w miejscowości La Zerotta nieopodal znanego górskiego kurortu Courmayeur. Na Mont Blanc Chcemy wejśEtrudniejszą drogą włoską, nazywaną "papieską", gdyż została odkryta w sierpniu 1890r. przez grupEalpinistów, w której był opat Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI. Następnego dnia ruszamy około południa, pogoda początkowo dopisuje, potem z minuty na minutEpogarsza siE Po dwóch godzinach marszu burza, grad, ulewny deszcz zatrzymują nas na trasie w Cafe Combal przy jeziorze Combal (1958m n.p.m.). Czekamy godzinE robi siEnerwowo, Robert dzwoni do bazy czyli Ajki. Prosi o sprawdzenie w internecie prognozy pogody w tym rejonie. Pada odpowiedź pół na pół z szansą na pogodE krótka narada i decyzja - idziemy dalej. Wchodzimy na lodowiec i idziemy dalej do schroniska Gonella (3071m n.p.m.). Pogoda siEpoprawia, wychodzi zza chmur słońce, robi siEciepło. Docieramy do schroniska. Osobiście mini ferrata, która była po drodze, dała mi niezły wycisk, jestem mocno zmęczony. Wyciągamy z plecaków butle, kuchenki, zupki, konserwy, pieczywo i przygotowujemy posiłek. Trzeba odbudowaEsiły. Spoglądam cały czas w niebo, coraz więcej chmur, zrywa siEwiatr i jest coraz mocniejszy. Znowu narada. Postanawiamy wyjśEze schroniska później niż planowaliśmy. Kładziemy siEw zimnym schronie (nie ogrzewany, a z czystością ma niewiele wspólnego) na dwie godziny. Nastawiam budzik na 24:00, może przestanie wiaE O 24:00 nastawiam go na 1:00 ale i godzinEpóźniej mocno wieje i na dodatek zaczEo padaE Nie ma mocnych na taką pogodE rano wstajemy - dalej pada, w górach powyżej 4000m n.p.m. nawet śnieg. Rezygnujemy. W nie najlepszych humorach, w strugach deszczu schodzimy na kemping. Robert z Jurkiem nas pocieszają, że przecież większe wyprawy wracają z gór z niczym. Góra jest dziś, będzie jutro, za rok i za piE lat, co siEodwlecze... itd. Tłumaczą, że góry to nie pojedyncza wyprawa, to cały proces, miłośE pasja. TrochEnam lepiej, ale w duszy i tak smutno. Na kempingu pokaz smażenia kotletów sojowych w wykonaniu Roberta, który usiłuje jednocześnie namówiEmnie i Jurka do ich jedzenia. W końcu udaje mu siEto i trzeba przyznaE że nawet smakowało.

Następnego dnia obudziły mnie debaty Roberta i Jurka. Około ósmej rano, zebrali uczestników wyprawy (co ze względu na liczebnośEnie było trudne chyba, że w tym czasie Krystyna robiła siEna bóstwo) i zaproponowali zmianEplanów, tj. przejazd do Chamonix we Francji i spróbowanie jeszcze raz wejścia na Mont Blanc, tym razem od strony francuskiej, gdzie trasa jest łatwiejsza, a biura meteorologiczne dużo pewniejsze. Oczywiście zgadzamy siEi jedziemy przez tunel pod Mont Blanc (około 11,6km) do Chamonix, gdzie zapowiadają nam niezłą pogodEna najbliższe dni. Rozbijamy siEna kempingu w Les Houches. Następnego dnia ruszamy do schroniska Gouter (3817m n.p.m.). Najpierw kolejką linową, potem szynową docieramy do Le Nid d'Aigle (około 2600m n.p.m.). Dalsze 2200m w pionie musimy pokonaEsami, a nie jest to proste. Dojście do schroniska daje w kośE- mocno pod górE biegiem przez kuluar, aby zdążyEprzed spadającymi co chwilEkamieniami i mini ferrata przed samym schroniskiem. Zakwaterowujemy siEw czterdziestoosobowej sali wraz z Japończykami, Słowakami, Duńczykami, Francuzami. Pełni marzeEczekamy na godzinEpierwszą w nocy. Około 23 zaczyna wiaE- czyżby znowu pech i pogoda stanEy na naszej drodze. Pierwsze ekipy wychodzą około 1:00 mimo tego, ze wiatr wieje z prędkością około 50 - 60 km/h. My trochEczekamy, wychodzimy godzinEpóźniej. Niebo pogodne, ale strasznie wieje, przez co trudno siEporuszaEi zimno. Z trudem docieramy do schronu Vallot (4362m n.p.m.), to zwykły blaszak, bez żadnych wygód, raczej śmierdzący, ale tam nie wieje. Chowa siEtam większośEekip. Czekamy godzinE Robert pyta czy damy radEczy wracamy. Pewności nie mamy, ale jednogłośnie podejmujemy decyzjE- IDZIEMY. Pomimo wiatru siekającego nas po twarzy drobinami lodu o godzinie 8 stajemy na szczycie Mont Blanc. Ogromnie szczEliwi i zadowoleni zapominamy o zmęczeniu, wietrze i zimnie (odczuwalna temperatura około -20o C). Robimy zdjęcia, oglądamy widoki, gratulujemy sobie, by po pół godzinie podjąEpróbEpowrotu aż na kemping, gdzie docieramy około 16:30. Nie była to prosta droga, spędzone dni w Alpach, atak na Mont Blanc, nieźle dały siEnaszym nogom we znaki. Na kempingu kąpanie, gotowanie, kierowcy spaEi już o 20:30 wyruszamy do kraju (wyprawa i tak przedłużyła siEo jeden dzieE. O szóstej rano zostawiamy w Monachium KrystynEi Janka, ja wysiadam o 16:30 w Legnicy, chłopaki jadą dalej do Krakowa. Odsypiam wyprawEi regenerujEsiły ze trzy dni.

CieszEsiE że udało siEzrealizowaEkolejne marzenie dzięki pomocy Roberta i Jego Biura Aktywności Górskiej. Co teraz? Były na kempingach rozmowy o Elbrusie, Kilimandżaro, Islandii. Zobaczymy w przyszłym roku co zaproponuje Robert. Jedno wiem, z Nim warto jechaE

-- Grzesiek --

BAGażnik - strona główna  | Mont Blanc drogą papieską  | Do Chorwacji  | Matterhorn  | W Alpy Julijskie na 36 godzin  | Wspomnienie  | Lago di Garda Story  | Moje małe K2  | Sprawozdanie  | W Alpeczki  | Agatka i jaskinie  | Mt Blanc Grzegorza  | Jak zostałam szczńliwie zmęczonym człowiekiem  | To tu, to tam czyli wycieczki alpejskie  | Wrażenia ze szkolenia  | Orle Perci Alp  | Powstawanie jaskiń jurajskich  | Mikroklimat jaskiń  | Flora i fauna jaskiń  | Extremalne sporty wodne dla każdego  | Garda 2004  | Gran Paradiso, Mont Blanc 2004 
Strona tytułowa   | O FIRMIE   | KALENDARIUM 2012   | KURSY   | WYPRAWY   | PRZEWODNICTWO   | JASKINIE   | INTEGRACJA   | REKREACJA   | SKLEP INTERNETOWY   | BAGażnik 

Webmajster: admin@bag.pl BAG email: box@bag.pl Ostatnia aktualizacja: dzisiaj