|
Gdy parEmiesięcy wcześniej kolejny raz szwendałam siEpo jurajskich jaskiniach, zaświtał mi pomysł by pobujaEw obłokach, zobaczyEświat z zupełnie innej perspektywy, otuliEsiEmgłą i pospacerowaEw chmurach. Nigdy nie byłam w Alpach. Dlaczego by nie teraz?
Zarzuciwszy więc dzierganie na drutach kolejnego sweterka, tudzież smażenie konfitur i robienie przetworów na zimE postanowiłam zrobiEcoś wyłącznie dla siebie, by poczuE że żyjE że mogE(jeśli naprawdEtego chcE zrealizowaEjeszcze jedno marzenie. Ruszyłam więc w sierpniowy, pogodny poranek do Krakowa, by wkrótce wraz z ekipą Roberta znaleźEsiEwe włoskich Dolomitach i poznaEich najtrudniejsze ferraty. Prawdziwe szaleństwo zważywszy, że drużynE"A" ( Ania F., Ania M., Asia i Robert) stanowili rutyniarze w dziedzinie wspinaczki i ferrat, a ja byłam kompletnym amatorem i żółtodziobem. Na wszelki wypadek zabrałam kostium kąpielowy, by ewentualnie daEsobie spokój ze wspinaczką i spędziEdwa tygodnie na jakimś uroczym basenie otoczonym górami, uskuteczniając "leżycho" czyli "dolce far niente"(słodkie lenistwo). Niestety nic z tego!
|
|
Trawers Aglio
|
BazEzałożyliśmy na campingu "Olympia" w Cortinia d'Ampezzo. By wykorzystaEświetną pogodE jeszcze tego samego dnia wyruszyliśmy na ferratEna Col Rosa. Ubrana w szelki i spodenki tzn. uprząż górną i dolną, obie połączone dla bezpieczeństwa jeszcze jednym motowidłem, zaopatrzona w karabinki, przyrząd hamujący oraz kask i rękawiczki byłam gotowa na wszystko. Pewnie wzrok miałam co najmniej zdumiony, gdy zobaczyłam porowatą górEdo zdobycia, która gdzieś powinna siEkończyE a ja końca nie widzE Właściwie samej ferraty prawie nie pamiętam, bo uwaga moja była skierowana na przetestowanie zabezpieczeE ale pyszny widok jaki ukazał siEpo dojściu na szczyt (2166 m) wynagrodził niewątpliwie trudy wspinaczki. Dałam radE!! Pokonałam pierwszy strach! Wykonaliśmy pierwsze fotki i wracaliśmy inną drogą, bardziej turystyczną niż wyczynową.
Kolejny dzieEbył równie piękny i słoneczny. Wybraliśmy siEferratą Tomaselli na szczyt Cima Fanis Sud (2980m). Jeszcze w busie redukowałyśmy ciEar plecaków do absolutnego minimum wyrzucając "przydasie", różne drobiazgi, a z trzech aparatów fotograficznych wziEyśmy jeden najlżejszy. Plecaki i tak niestety nie były lekkie. Podejście było dośEwyczerpujące, ale co tam, uroda i niezwykłośEmijanych miejsc przypominała Wielki Kanion Kolorado w miniaturze- różnorodne formy skalne z rudawymi i czarnymi smugami, wielkie, zwarte masywy i strzeliste, porowate, żółtawe i biało szare skały mające u stóp olbrzymie piarżyska - oj, było czym nacieszyEoczęta! Sama ferrata wymagała sporo uwagi. Rzeczywiście nie było łatwo, ale ja "waleczna kobieta" dzielnie piEam siEw górE tym razem bardziej świadomie niż pierwszego dnia. Na całym szlaku, w dośEdziwnych miejscach widaEpozostałości umocnieE fortyfikacji, sztolni oraz wszelakiego żelastwa pamiętającego wojnEo Dolomity. Z podziwem myślałam o sprawności ówczesnych żołnierzy -budowniczych, tylko po co ta wojna?
Przepiękne dwie ferraty Punta Anna i Olivieri na Tofana di Mezzo (3244m) wyzwoliły sporą dawkEadrenaliny. Droga była prawdziwie niezwykła, szczególnie trawers Aglio, który trzeba było pokonaEprawie na czubkach palców. Adrenalinka podwyższała swój poziom delikatnie lecz znacząco. Pokonywanie kolejnych eksponowanych odcinków wymagało sporej uwagi. Śliczne kłaczki obłoków dodawały smaku wspinaczce. Przeogromne masywy skalne otulone chmurkami to wynurzały siE to znikały. Mgiełki i półrozwiane pasma chmur zostawały coraz niżej i niżej. Tak, to był spacer w chmurach. Zachwycona wciąż zmieniającym siEkrajobrazem, widząc chmury i wielkie, czasem posępne szczyty pode mną, czułam siEwielka i zarazem jak drobina w wielkim świecie natury. Takie piękne widoki podziwiają tylko anioły w locie i ci, którzy zdecydują siEna wspinaczkE Nie jestem aniołem, ale przez chwilEbyłam ptakiem. Tofana di Mezzo nie była dla nas przyjazna. Szarobure chmury skrywały to, co najpiękniejsze. Wiem, bo kupiłam folder z panoramą roztaczającą siEze szczytu.
Trzy wspaniałe i trochEwyczerpujące wycieczki dały siEnam we znaki. Jeszcze przed wyjazdem zaopatrzyłam siEw maści na wszelkiego rodzaju pęcherze, stłuczenia, bolące miEnie i stawy licząc, że chemia mi pomoże w trudnych chwilach. Wcierałyśmy więc codziennie pieczołowicie kremy i maści w bolące miejsca, ale i tak sądzE że najlepsze na zakwasy jest piwo (włoskie jest paskudne i drogie-przynajmniej na takie trafiłam).
|
|
Dolomity
|
Kolejnego dnia pogoda nam sprzyjała, ale zmieniliśmy camping na Masare i na wyprawEruszyliśmy dośEpóźno. Tym razem na obiekt do zdobycia została wytypowana ferrata Fiamme Gialle prowadząca na szczyt La Palazza Alta (2255m). Podejście do każdej z ferrat zwykle jest wyczerpujące i tym razem również sporo potu kosztowało mnie dotarcie na miejsce. MinEmiałam nietęgą, ale postanowiłam nie poddaEsiEbez walki. KilkuczEciowa ferrata jest bardzo malownicza, ze wspaniałymi widokami na miasteczko i jeziorko Cencenighe i jak wszystkie poprzednie niełatwa - dośEeksponowana (w końcu wybieraliśmy najtrudniejsze). Z końcowego fragmentu wspinaczki pamiętam jednak przede wszystkim szczęk karabinków i coraz szybsze pokonywanie odcinków ze względu na realne zagrożenie burzą. OpatrznośEczuwała nad nami i nic złego siEnie stało, ale po drugiej stronie szczytu niewiele było widaE doliny ukryte były w burych chmurzyskach. Powrót ze szczytu to był prawdziwy "sajgon". Piękne ale strome, niebezpieczne i prawdziwie karkołomne zejście jest chyba dla kaskaderów. Całkowicie rozumiem dlaczego Włosi nazwali to przejście "rzeźnią".
Na campingu usiłowałam policzyEswoje siniaki. Nie udało siE- za dużo ich. Moje umiejętności wspinaczkowe nadal były takie sobie, więc nie dziwota, że tu i ówdzie pojawiły siEoryginalne w kształcie i barwie plamy. No cóż, jak mawia mój przyjaciel "jest wojna, są straty".
|
|
No i ja na ferracie
|
Nadszedł dzieEwypoczynkowy. Wybraliśmy siEdo niesamowitego w klimacie i wyglądzie wąwozu San Piero. Środkiem płynie potok o przejrzystej, pięknej wodzie. PokonaEwąwóz można brodząc w zimnej wodzie i skacząc od czasu do czasu po kamieniach. Śmiało wędrowałyśmy wartkim nurtem wśród ciemnych, wilgotnych i wręcz demonicznych skał, a woda działała jak balsam gdy kamienie masowały nasze zmęczone stopy. Jak wypoczynek, to wypoczynek. Jeszcze tego dnia popływałyśmy rowerkiem wodnym po przeuroczym jeziorku Alleghe. Podziwiałyśmy bajkową, kolorową zabudowEmiasteczka położonego wśród skalistych lecz czEciowo pokrytych lasem i kosówką gór.!
Następną ferratEStella Alpini prowadzącą na szczyt Monte Agner (2872m) zaliczyliśmy przy prawie bezchmurnym niebie. Droga jest bardzo urozmaicona i męcząca, ale wspaniała. Trudne kominy udało mi siEpokonaE(dzięki radom Roberta) rozpierając siEi zapierając. Widoki z Biwaku (to taki blaszak z pryczami i kocami dla zbłąkanych i zmęczonych turystów) były absolutnie rewelacyjne. Tym razem również zejście było koszmarne. Masakra! Moja czujnośEzostała uśpiona lub zmęczenie dało siEwe znaki i wywinEam orła. Do polany z kolejką linową dokuśtykałam obolała. Tak minął pierwszy, bogaty we wrażenia a równocześnie trudny i ciEki tydzieE
W sobotni ranek dośEdługo jechaliśmy w pobliże Monte Cristallo. Zmotoryzowanym leniuszkom o zanikających miEniach nie pozwalających na samodzielne wędrowanie, polecam objazdówkE- adrenalina dla kierowcy dzięki nieprawdopodobnym serpentynom murowana, a widoki dla pasażerów - istne cudo. Przepiękne modrzewiowe i sosnowe lasy, dywaniki traw pokrywające zbocza, strzeliste szczyty gór w tle, błękitne niebo i pasące siEkrowy niczym z reklamy Milki (wcale nie są fioletowe!), robią kapitalne wrażenie. Granatowy tyłek i opuchnięta sina ręka nie pozwoliły mi zdobyEferraty Monte Cristallo. Zostałam przy schronisku i podziwiałam fantastyczne bloki skalne, widoki aż na austriackie trzytysięczniki. Początkowo piękna pogoda zaczEa siEpsuE ale otoczenie schroniska zyskało na niesamowitości. Mgiełki i rzadkie, szare chmury spowijały co chwilEszczyty i wielki krzyż przy schronisku. Sceneria jak w thrillerze. WydawaEby siEmogło, ze za chwilkEcoś złego siEwydarzy. Nic specjalnego siEnie wydarzyło. Wszyscy w jednym kawałku wrócili z ferraty i na dół zjechaliśmy kolejką. Godzina 20.42- rany! Najstarsi górale nie pamiętają bym o tej porze szła spaE A my leżałyśmy już w kokonach tzn. w śpiworach, by rano wcześnie wstaE albowiem czekała nas super-ferrata Gianni Constantini prowadząca na południowy wierzchołek Moiazza (2878 m) -około12 godzin wyczerpującej przeprawy. Niestety moje zmęczenie było zbyt duże, by dokonaEtakiego wyczynu i z bólem serca rankiem zrezygnowałam z wycieczki. Pogoda była nieszczególna, więc żal jakoś minął.
DzieEpóźniej właściwie siłą woli i wielkiej determinacji zdecydowałam siEna moją ostatnią w tej wyprawie ferratEPiazzetta. Sama determinacja jednak nie wystarczyła, ale dzięki Robertowi, który założył dodatkową linE udało mi siEpokonaEjedną z najtrudniejszych ferrat prowadzących na Piz Boe (3152m). Miałam już zmasakrowane, otarte kostki palców rąk, okropny ból miEnia czterogłowego uda, a kolana paliły jak ogieE ale dotarłam i jestem z tego bardzo dumna. Pokonałam własną słabośE Schodząc w kierunku schroniska po skalnej, białoszarej, rażącej oczy w blasku słońca pustyni, wyglądaliśmy jak pielgrzymi z jakiegoś filmu science fiction. Wokół monumentalne skalne kolosy i wąwozy, białe piarżyska i jak okiem sięgnąEzero zieleni, zero ludzi, zero jakiegokolwiek życia. Przepiękna i niesamowita sceneria.
Tak właściwie zakończyła siEmoja alpejska przygoda. Pozostała tylko podróż do domu. Mam furEzdjE, które przypominają mi, że to wszystko zdarzyło siEnaprawdE Po powrocie do mojego miasteczka, bardzo zmęczona, ale jeszcze bardziej szczEliwa z dumą pokazywałam ostatnie zachowane siniaki i zadrapania.
I tak zostałam szczEliwie zmęczonym człowiekiem!
-- Ewa Bigos --
|