To tu, to tam czyli wycieczki alpejskie


To tu, to tam czyli wycieczki alpejskie

Wyjechaliśmy z lekkim poślizgiem. Koledzy, z którymi mieliśmy jechaEbyli, lekko mówiąc, spóźnieni. Jedyne 4 godziny poślizgu! No, ale co tam, są w końcu z konkurencyjnego miasta- to niby wszystko tłumaczy. Nic to! Wreszcie jedziemy na wakacje w góry o charakterze alpejskim! W Alpy! Powinnam powiedzieEmałymi literami i po cichutku, że w Alpy, bo przecież prawdziwy przewodnik tatrzański nie wyściubia nosa poza Tatry, bo one mają byEjego miłością i już. A co z tymi, którzy pokochali Alpy? No nie wiem, grozi im chyba ścięcie przez powieszenie, albo coś w tym guście.

Koledzy z konkurencyjnego miasta są fajni, weseli i całkowicie "w porzo". Po dojeździe na miejsce idziemy spaE Jutro urzeczywistniane będą dalekosiEne plany! Trawers od Breithornu do Zumsteinspitze, chyba 11 sztuk szczytów powyżej 4000 m.n.p.m. Bosko!

Breithorn

Wyjechaliśmy kolejką na Plato Rosa gdzie zostawiamy naszych kolegów (z konkurencyjnego miasta) samym sobie, na późniejszą pastwEMatterhornu. My zaś idziemy na szczyt dostępny również dla kobiet w ciąży. Breithorn to całkiem ładna i łatwa "bańbuła"- no chyba, że robi siEtrawers. My jesteśmy na szczycie nieprzyzwoicie późno, około 14:30. Słońce nam dopieka, schodzimy szybko na dół do schroniska Valle D'ayas małosportowo "olewając" trawers Breithornu.

W schronisku tłumy, ale miejsce siEznajdzie i dla nas. Niestety nie ma zniżek dla DAV ani PZA. Kupujemy nocleg z półpensją. Pan Schroniskowy pyta czy chcemy "Pasta" czy "Minestrone". No cóź, to niewiele jak na kolacjE Bob wybiera "Minestrone" a ja "Pasta". Och rany, zęby można na tym zgubiE Ten makaron al denete jest polany ketchupem - zupełnie bez smaku. Jednak moja pazernośEzostaje ukarana, bo okazuje siE ze oprócz tego jest jeszcze drugie danie: mięsko, ziemniaki i surówka i jeszcze tiramisu (zwane dalej Tyraj- Misiu). Po kolacji nastąpił cud- dostaliśmy zniżki 10 Eu, bo jesteœmy przewodnikami. Pan Schroniskowy sam to wydedukował z przywieszki przewodnickiej, którą Bob miał na kamizelce, i sam ją zaproponował i jeszcze poczęstował 'mediciną" o smaku ziołowym. Pycha! Stąd też wniosek, że schronisko jest bardzo miłe i czyste (a koce miłe i mięciutkie) :-)

Bliżnięta

Rankiem idziemy szybko w kierunku Bliźniąt. Piękna pogoda, tłumy na lodowcu, nie ma innego wyjścia tylko wszystkich powyprzedzaE Wchodzimy na Polluxa południową grzędą, gdzie jest milutko- trochEmikstu, trochEśniegu. Nawet po drodze są łańcuchy! Zejście na Zwillingejoch opisano w przewodniku jako łatwe i szybkie (40 min na przełęcz)... Schodzimy tam godzinEi dwadzieścia minut pełni strachu, że wszystko runie w dół. Może jest łatwo, ale tylko dla ludzi bez wyobraźni, bo zejście prowadzi stromym żebrem po ruchomych głazach (miejscami zalodzonych). Brr!

Na przełęczy dopada nas rozprEenie oraz ochota na batoniki. Po kilku minutach odpoczynku ruszamy łatwym śnieżnym zboczem na górEna drugie BliźniE Wyżej już tak łatwo nie jest, bo góra stromieje... Nagle nad nami zaczyna siErozgrywaEakcja grożąca tragedią. GraECastora jest bardzo ostra, szeroka na 4 stopy ludzkie. Ze szczytu schodziło trzech panów z przewodnikiem i jeden z panów "fiknął". Na swoje szczEcie upadł tak, że leżał na grani brzuchem, majtając nad nami rakami. Trwał w swej nieszczEliwej pozycji jakiś czas zanim go jego kompani wyciągnęli za gatki do góry. My w międzyczasie pokonujemy szczelinEbrzeżną i stromym lodem dochodzimy do grani obchodzšc towarzystwo z daleka. SzczEliwie balansujšc nad śnieżnymi przepaściami docieramy na szczyt Castora obserwujšc panoramEz centralnie ustawionym majestatycznym Lyskamm'em.

DośEwcześnie dochodzimy do schroniska Sella, niestety nie tak miłego jak poprzednie. Szczerze mówiąc, dośEobskurnego i drogiego. Śpimy w jakimś kurniku drugiej kategorii, gdzie zalegli nasi bracia Czesi. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że to Czesi (zwykle nie sypiają w schroniskach, tylko czają siEw namiotach opodal) i nagle dwóch gości zaczEo nawijaEw łamanej angielszczyźnie o zagubionych rękawiczkach. Coś im jednak nie szło i jeden z nich powiedział po czesku " Oh jo! Coże..." No i sprawa siEwydawała, że Czesi nawet między sobą rozmawiają po angielsku. Oprócz tego byli tam także Francuzi. Jak zwykle wprowadzajšc lekki chaos w sali sypialnej- tzn. co rusz coś im spadało nawet w czasie ciszy nocnej. Uff!

W schronisku tym mieliśmy pewien problem, bo zostaliśmy zapisani jako Schumiez, a na karteczce na stole (tak rozsadzają tych, którzy jedzą posiłki) pojawiło siEimiEJoanna. Ponieważ ktoś utrzymywał, że niby on i jego kompania to właśnie Joanna, więc nie upieraliśmy siEbardzo do bycia Joanną. Jednak w drugiej turze (a na takie dwa rzuty podzielono gości) też nas nie było i zaczęliśmy robiEdelikatną awanturEdomagając siEposiłku. Okazało siE że nas nie było też na liście noclegowej. Praktycznie nie figurowaliśmy nigdzie... w końcu szczEliwie odkryliśmy jak nas nazwano i wreszcie usiedliśmy do stołu. Tym razem wziEam "Minestrone" i nie było Tyraj- Misiu.

W tzw. międzyczasie zaczEy mnie obcieraEbuty...

Następnego dnia zamiast iśEna Lyskamm idziemy w dół. Cresta Perrazzi czekaj, jeszcze wrócE Zejście z Selli (schroniska) jest całkiem miłe i efektowne. Początkowo idzie siEpo takiej "via sznurkacie", czyli drodze ubezpieczonej białym sznurkiem. Niżej ścieżka biegnie przez malownicze rumowiska; pięknie tu, po prostu pięknie! Po drodze mijamy kolejkEkrzesełkową. Nie ma żadnej obsługi, ale Włosi wsiedli, więc my też- bez biletu. Na dole wychodzimy- nikt nas nie sprawdza czy kupiliśmy bilet. Jest jeszcze jedna kolejka (jedyne 500 m w dół), w której jest bileter. Tu już trzeba kupiEbilet powrotny do dol. Gressonay.

W dol. Gressonay jest pięknie i kręto! Jedzimy w dół do dol. Aosty i podziwiamy widoki oraz jazdEkierowcy, który bez mrugnięcia okiem pokonuje zawijasy wśród ciasno wybudowanych domów oraz serpentyny na stoku. Nagle: Jest! Via ferrata! W Gressonay. Musimy tu przyjechaE- obiecujemy sobie.

Dylematy

W dol. Aosty mały skwar- jednak wyżej jest fajniej! Nie wyobrażam sobie co dzieje siEna południu Włoch- tam ludzie zamieniajš siEchyba w skwarki na słońcu. My wreszcie dostajemy siEdo "naszej" doliny, do Karola (auto) i pod prysznic. Przyda siEpo 3 dniach dziecka...

Co będzie jutro? Trudno powiedzieE.. Nasi Koledzy z konkurencyjnego miasta utkwili w ścianie Matterhornu - pierwsza polska okupacja schronu na Lwiej Grani Matterhornu.

A my co? Buty mnie nie puszczają na nic bardzo poważnego, więc chyba pójdziemy na Gran Paradiso? Tak, idziemy tam! Następny dzieEwita nas deszczem... o choroba! Nic, na razie zwiedzimy miasto Aosta, miasto z pozostałościami rzymskimi, wczesnym gotykiem i innymi wspaniałościami. A deszcz pada, pada, pada.... SMS od znajomego z IMGW podaje, że będzie lepiej, a potem gorzej. Ze wspinania w okolicach Aosty nici. Jedziemy pod Gran Paradiso, zobaczymy co będzie dalej.....

Wysoko w dolinie, u stóp Raju pod wieczór siErozpogadza. Znaczy siEidziemy w nocy. Budzik nastawiłam na 1:30.....fuj! Co za pomysł! Śpimy szybciej bo noc krótka. Ciemną nocą lepiej sobie pogadaEidąc pod górE Jakoś tak raźniej, że nie tylko ja mam źle w głowie- zamiast spaEw schronisku i wstawaEo 4:00, śpiEgdzie bądź i idEpod górEtotalnie zaspana. Idziemy- piękne gwiazdy nad nami. W schronisku Emanuela trafiamy na środek "wychodzenia". Ruszamy za innymi i... dzięki temu wchodzimy w inną drogE Kluczymy przez popękany lodowiec, który utworzył całkiem fantastyczne kształty. Mijamy wszystkich i dobrze, bo potem będzie tłok na samym szczycie. Niestety znowu nie jesteśmy pierwsi na szczycie! Przed nami były 4 sztuki ludzkie. Faktycznie, graEszczytowa na Gran Paradiso jest lekko "lufiasta" i niebezpieczna przy dużej ilości ludzi... To chyba kolejna góra, która jest niebezpieczna poprzez obecnośEtłumów. Sfruwamy na dół. Jest bosko- piękna pogoda, piękne widoki! TrochEmoje trekkingowe butki przemokły na śniegu, ale dobrze, że siEdało w nich iśE

Po godzinnym lenistwie przed schroniskiem schodzimy na dół i jedziemy po naszych kolegów. A tam dramat! Oprócz zdobytego Breithorn, niczego więcej nie udało siEdokonaE Na Matterhornie było totalne załamanie pogody. No szkoda, bo ciekawiła mnie Lwia GraE..

Pokrzyżowane plany

Jedziemy na ferratkEdo Gressonay, atakujemy "na lekko". Miło, tylko po co tu tyle klamer? Można sobie ponabijaEsiniaki od tego żelastwa! Na "ferratce" jest most wiszšcy i most nepalski... Ciekawe, ciekawe... Po 2 godzinach jesteąmy na dole. Jedziemy teraz do Szwajcarii, pod Piz Bernina, gdzie czekają na nas koledzy z tego samego miasta co my. Pogoda coś jakby siEzałamywała, ale może, może nie będzie tak źle. W Szwajcarii witają nas opłaty na parkingach, wysokie tamy wybudowane w wysokich górach, no i typowa drożyzna. Atakujemy schronisko pod tzw. Berninš.... Bardzo nowoczesne schronisko, miła obsługa, ceny wysokie... tylko dlaczego sypie kaszka z nieba? Tego nie rozumiem. Śpimy w pokoju Piz Bianco, ale nie za długo- wstajemy o 3:30 śniadamy i leziemy. Choroba! Deszcz pozamarzał w polewElodowš na kamieniach, chmury nisko, pada śnieg. Choroba! Co za pech! Dochodzimy do lodowca; już godzina 6:30. Późno! Chmury schodzą niżej. Nic nie widaE Wracam! Ładniej dziś już nie będzie! IśEBianco Grat i nic nie widzieEto grzech! Ze mną wracają koledzy z konkurencyjnego miasta. Co za dramat! Pogoda utwierdza mnie w przekonaniu, że jednak dobrze siEczasem wróciE Bob i reszta poszła jeszcze w górE ale tam było już tylko gorzej- też zawracają. Czekamy na nich w schronie i grupowo w morowych nastrojach schodzimy na dół. Nie dośE że Bernina nas "olała", to jeszcze Piz Badil (tam mieliśmy jeszcze siEwspišE też jest zalodzony w 100%. Czas na wakacje siEnam kończy... co robiE co robiE

Konserwa tyrolska

SMS do kolegi z IMGW nas ratuje; na wschodzie w Tyrolu powinna byElepsza pogoda, bo tu będzie tylko gorzej. No to bosko! Jedziemy do Austrii! Wszyscy siEcieszą, bo uwielbiamy matkEAustriE Jedziemy do Otztall, na wymarzone szczyty: Schrankogel i Wildspitze. Jedziemy, a tu na granicy- cap!- żandarm austriacki chce mandaty od naszych kolegów z konkurencyjnego miasta za "niemanie" pasów. Sytuacja jest skomplikowana, bo koledzy nie mają pieniędzy, a żandarm życzy sobie po 140 Eu od osoby. Chce, byśmy my za kolegów zapłacili... Chce kolegów aresztowaE a oni na to, że proszEbardzo, można ich aresztowaE W końcu żandarm trochEsiEpoddaje, każe gościom zapłaciEmandat wysokoœci 30 Eu (za dwóch) i jedziemy dalej. Kolegom z konkurencyjnego miasta Austria przestała siEpodobaE..

Pojechaliśmy do miejscowości Gries pod Schrankogel. W informacji turystycznej dostaliśmy wszelkie informacje o wejściu na szczyt, mapkE... pani nawet zadzwoniła do schroniska z pytaniem czy są miejsca. W cudnej dolinie nad Gries chcą wybudowaEtamEi elektrowniE... Milo, tylko szkoda tak pięknej doliny. Mam nadzieje, że to oprotestujš... też siEpodpisałam przeciw tamie. W schronisku tłok- oaza śpiewa pieśni religijne, a czapa chmur siedzi nisko. Dostajemy miły pokoik tylko dla nas, możemy więc gotowaEdo woli. Miękkie kocyki, czyste wc, a cena za to (ze zniżką dla PZA i DAV) 6 Eu, czyli tyle ile w Polszcze....

Rano atakujemy- koledzy z konkurencyjnego miasta mieli do nas dotrzeErano z samochodu, gdzie suszyli przemoczone ubrania. Czekamy na nich piE minut i ruszamy w górE może nas dogonią. Świeżego śniegu nasypało jakieś 10 cm, a góra pomimo wysokości, jest z tej strony bezlodowcowa. Po 3 godzinach jesteśmy na szczycie- cudownie! A w Gries przy naszych samochodach chmury. Nie wiem czy koledzy siEwysuszą... Wildspitze widoczny jest jak na dłoni. Imponujący szczyt! Musimy na niego wyjśE Na dole w schronisku pijemy jeszcze piwko i podziwiamy stada alpejskich krów. Sielanka! Potem szybko schodzimy do auta i na camping. Następnego dnia mamy podjechaEpod wypatrzoną w folderach ferratkE a póŸniej pod Wildspitze do miejscowości Vent. Ferratka jest elegancka, trochEza dużo klamer, ale ma to byEalternatywa i dla małych i dla dużych. Ferratka kończy siEwyjściem na malownicze łąki. Austria to piękny kraj!

Ostatni szczyt tego wyjazdu: Wildspitze. Leniuchy jak zwykle podjeżdżamy kolejka i w godzinkEpóźniej dochodzimy do schroniska Breslauer Hutte. Schronisko to wielkie gmaszysko z obskurnymi pokojami. Nam przydzielono stryszek, na którym śmierdziało mokrymi ciuchami i przewijały siEjakieś typy gadające do późna w nocy. Okropne! Wieczorem, oczywiście zaczął padaEśnieg.....Chcieliśmy na Wildspizte wejśEambitnie północną granią, ale siEnie udało, świeżo posypana droga wejściowa (skalna, mikstowa i wreszcie śnieżna) nie pozwala na wejście, wiec schodzimy do drogi normalnej i w ten sposób zdobywamy Wildspitze. Raz wreszcie udało siEnam byEpierwszymi na szczycie! Hurra! Widoki piękne, ale wiele wskazuje na to, że jednak dobra pogoda nie będzie trwała długo.

I tak było rzeczywiście. Na następny dzieEzaczEo padaE.. i padało przez tydzieE tak że nawet Innsbruck był zagrożony powodzią. Chyba jednak góry płakały za nami ;-) , bo my za nimi tak. ChoEpewno będą to inne szczyty!

-- Ajka --

BAGażnik - strona główna  | Mont Blanc drogą papieską  | Do Chorwacji  | Matterhorn  | W Alpy Julijskie na 36 godzin  | Wspomnienie  | Lago di Garda Story  | Moje małe K2  | Sprawozdanie  | W Alpeczki  | Agatka i jaskinie  | Mt Blanc Grzegorza  | Jak zostałam szczńliwie zmęczonym człowiekiem  | To tu, to tam czyli wycieczki alpejskie  | Wrażenia ze szkolenia  | Orle Perci Alp  | Powstawanie jaskiń jurajskich  | Mikroklimat jaskiń  | Flora i fauna jaskiń  | Extremalne sporty wodne dla każdego  | Garda 2004  | Gran Paradiso, Mont Blanc 2004 
Strona tytułowa   | O FIRMIE   | KALENDARIUM 2012   | KURSY   | WYPRAWY   | PRZEWODNICTWO   | JASKINIE   | INTEGRACJA   | REKREACJA   | SKLEP INTERNETOWY   | BAGażnik 

Webmajster: admin@bag.pl BAG email: box@bag.pl Ostatnia aktualizacja: dzisiaj